Nauczycielka klas pierwszych ostrzega: „Prawie wszyscy rodzice przygotowują dziecko do niewłaściwej rzeczy – a potem dziwią się, że na przerwie stoi samo.”
Ponad dwadzieścia lat pierwszych klas, kilkaset pierwszych dzwonków: po czym poznaje to już w pierwszym tygodniu – i co rodzice mogą jeszcze zmienić w tygodniach przed 1 września.
Trzy lata temu stałam o 7:40 przed szkołą. Mój syn nie płakał, ale trzymał mnie za rękaw i zapytał cicho: „Musisz już iść?”
Uśmiechnęłam się, pomachałam, odwróciłam się – i przez dziesięć minut płakałam w samochodzie.
A przecież tak się na ten dzień cieszyłam. Strój galowy wyprasowany tydzień wcześniej, bukiet dla pani kupiony, zdjęcie przed drzwiami zrobione. Wszystko wyglądało idealnie. Tylko gdzieś w środku siedziało to nieprzyjemne uczucie, które od tygodni odsuwałam na bok.
Dziś wiem, że miało rację. Wtedy po prostu nie wiedziałam, co z nim zrobić.
W kolejnych tygodniach nie było lepiej – było inaczej. Kuba rano skarżył się na ból brzucha. Kiedy go odbierałam, stał z boku, a inni jeszcze bawili się razem. Po sześciu tygodniach jego wychowawczyni powiedziała zdanie, którego do dziś nie zapomniałam: „On się jeszcze u nas nie zadomowił.”
A ja siedziałam i nie wiedziałam, co powinnam była zrobić inaczej. Przecież ćwiczyliśmy. Kupiliśmy zeszyty. Umiał napisać swoje imię i policzyć do dwudziestu.
Na papierze był gotowy. A mimo to przez sześć tygodni nie potrafił się odnaleźć.
Próbowałam wtedy nadrabiać. Po południu ćwiczyliśmy jeszcze więcej, rozmawiałam z nim o szkole, namawiałam go na spotkania z kolegami, na które nie miał ochoty. Nic z tego niczego nie zmieniło – niektóre rzeczy tylko pogorszyło.
W końcu przestałam i miałam nadzieję, że sam z tego wyrośnie. Wyrósł. Tylko zajęło to dziewięć miesięcy.
Zrozumiałam to dopiero później: przez te dziewięć miesięcy Kuba nie dostał zaproszenia na ani jedne urodziny. Pierwsze przyszło w maju.
W tym roku kolej na jego siostrę
We wrześniu. I obiecałam sobie, że tym razem nie będę zgadywać – że zacznę odpowiednio wcześnie.
A zaczęłam dokładnie tak samo jak za pierwszym razem: znowu zamówiłam dwie książki. Zapytałam na grupie rodziców z przedszkola, jak inni to robią. Wieczorami czytałam fora, aż same zamykały mi się oczy.
Po trzech tygodniach miałam jedenaście opinii i ani jednej odpowiedzi. Jedna przysięga na krótkie pożegnanie, druga mówi, żeby broń Boże nie naciskać, trzecia uważa, że trzeba po prostu zachowywać się normalnie. I wszystkie brzmiały tak pewnie.
W pewnym momencie zobaczyłam, co jest nie tak z moim szukaniem: pytałam samych ludzi, którzy wiedzieli dokładnie tyle samo co ja. Każda z nich przeżyła dokładnie jedno pójście do pierwszej klasy – swojego własnego dziecka.
Przez panią z przedszkola mojej córki poznałam kogoś, kto od ponad dwudziestu lat bierze pierwsze klasy. Dwieście, trzysta pierwszych dzwonków, jeśli to przeliczyć. Zapytałam, czy mogę przez godzinę zadawać jej pytania.
Zgodziła się od razu. Co roku o tej porze dostaje te same pytania, powiedziała – na zebraniu, przy odbieraniu dzieci, w przelocie na korytarzu. I nigdy nie ma czasu odpowiedzieć na nie porządnie. „Może się przyda, jeśli to raz gdzieś stanie napisane.”
Rozmawiała Marta Zielińska, lipiec 2026.
„Widzę to już w pierwszym tygodniu”
Pani Barbaro, powiedziała mi pani przez telefon, że już w pierwszym tygodniu widać, które dzieci będą miały trudniej. Po czym?
Nie po płaczu. To najczęstsza pomyłka. Dzieci, które płaczą pierwszego dnia, często mają najłatwiej – pokazują, co się w nich dzieje, a z tym już da się pracować.
Ja patrzę na coś innego: kto pyta? W pierwszym tygodniu bez przerwy zdarzają się drobne sytuacje, w których dziecko nie wie, co dalej. Gdzie jest toaleta, gdzie mam położyć swoje rzeczy, co robię, jeśli czegoś nie zrozumiałem. Jedne dzieci po prostu pytają. Inne stoją i czekają, aż samo się wyjaśni.
Tej drugiej grupy nikt nie zauważa. Przecież są ciche. I dokładnie to jest problem.
Co dzieje się z takim dzieckiem w kolejnych tygodniach?
Dzieje się w tej części dnia, o której pani jako mama nigdy się nie dowie: na dużej przerwie.
Na każdym boisku i na każdym korytarzu stoi dwoje, troje dzieci z boku. Nie płaczą. Po prostu stoją, najczęściej przy ścianie, i patrzą, jak inni się bawią. A kiedy zadzwoni dzwonek, wracają do klasy jako pierwsze.
To dwadzieścia minut. Codziennie. Dla innych przerwa jest najlepszą częścią dnia – dla tych dzieci jest częścią, która ma się wreszcie skończyć.
A po południu to dziecko siedzi naprzeciwko pani, pyta pani, jak było, a ono mówi: dobrze. Nie kłamie. Po prostu nie ma do czego porównać – nie wie, jak wygląda szkoła, kiedy się do niej należy. Dziecko nie zgłasza tego, co uważa za normalne.
Dlatego w listopadzie, na pierwszych konsultacjach, siedzą przede mną mamy, które spadają z krzesła, kiedy mówię im, że ich dziecko jeszcze się nie odnalazło.
W pierwszych tygodniach klasa się układa. Kto się z kim bawi, kto z kim siedzi w ławce, na kogo czeka się rano przed szkołą. Kto w środku ciągle stoi w progu, w tym się nie mieści. Po czterech, pięciu tygodniach robi się z tego rola – a tej roli nie rozdaję ja, rozdają ją inne dzieci.
Ta rola rzadko jest obsadzana na nowo. Widziałam dzieci, które w trzeciej klasie wciąż były tymi, które na początku nie nadążały – choć dawno już nadążały. Ten dystans nigdy nie był szkolny. Był społeczny.
Ale pani przecież to widzi. Nie reaguje pani?
Oczywiście, że reaguję. Sadzam takie dziecko obok kogoś, kto sam z siebie podchodzi do innych, daję mu zadania, przy których musi kogoś zagadnąć. Ale to wszystko tworzy tylko okazje. Przynależności ani przyjaźni nie da się zarządzić.
Widać to po jednym zdaniu, które pada u nas codziennie: „Dobierzcie się w pary.” Po dziesięciu sekundach każdy kogoś ma – bierze się tego, kogo się zna. A temu, kto zostaje sam, nie brakuje liter. Brakuje mu właściwego przygotowania – a ono dzieje się przed pierwszym dzwonkiem.
Co zrobiłam źle
Ale przecież dokładnie to robiłam. Kupiłam wtedy zeszyty ćwiczeń, dwa, codziennie po południu jedna strona – litery, liczby, szlaczki. To wszystko na nic?
Nie na nic – tylko nie w tym miejscu. Zeszyt ćwiczeń trenuje to, co dziecko umie. Litery, liczby, sprawność ręki. To wszystko nie jest złe, a w szkole i tak przyjdzie.
Ale pani syn nie poległ na umiejętnościach. Poległ na tym, że się nie włączył – nie bawił się z innymi, nie pytał, nie odzywał się. Każde dziecko musi się najpierw rozeznać, zanim zacznie brać udział. W tej kolejności, zawsze. Pani syn nigdy nie wyszedł poza pierwszą część – a kiedy on jeszcze się rozglądał, inni już dawno zaczęli. Na to nie ma karty pracy.
Mówię to rodzicom od lat i jest to zdanie, przy którym najczęściej się ze mną nie zgadzają:
Co przygotowuje większość rodziców – a co naprawdę decyduje
Liczy się jedno i drugie. Tylko jedno da się zrobić przed 1 września.
Co ćwiczą zeszyty
- Litery
- Liczenie do 20
- Szlaczki i chwyt ołówka
- Pisanie swojego imienia
Co decyduje o pierwszych tygodniach
- Odwaga, żeby zapytać
- Pożegnanie przed szkołą
- Znalezienie kogoś do zabawy na przerwie
- Próbowanie dalej, gdy nie wyjdzie
Lewą kolumnę szkoła weźmie na siebie. Prawej – nie.
Na zeszytach się nie skończyło. Przeczytałam też dwa poradniki, oba dobrze napisane. A kiedy mój syn złapał mnie przed szkołą za rękaw, zrobiłam dokładnie to, co było w obu: spokój, krótkie pożegnanie, jasny komunikat. I tak płakał, kiedy zniknęłam za rogiem – opowiedziała mi o tym później jego wychowawczyni. Dlaczego to nie wystarcza?
Bo w poradnikach jest napisane, co się ma osiągnąć, a nie co się ma zrobić. „Dajcie dziecku poczucie bezpieczeństwa” – tu przytakuje każda mama. A potem stoi przed szkołą i pytanie dalej wisi w powietrzu: ale jak?
Na forach do każdego pytania znajdowałam też coś dokładnie odwrotnego. Krótkie pożegnanie, długie pożegnanie, broń Boże nie naciskać, zachowywać się zupełnie normalnie.
To dlatego, że wszyscy mają rację – tylko każdy dla swojego dziecka. To, co pomaga dziecku wycofanemu, u rozbieganego pogarsza sprawę. Dlatego rady sobie przeczą. One nie są błędne, tylko nie da się ich przenieść.
Większość mówi, że dziecko z tego wyrośnie.
Z wielu rzeczy się wyrasta. Pytanie brzmi, co dzieje się w międzyczasie. Dziecko, które potrzebuje pół roku, żeby się odnaleźć, straciło pół roku, w którym inni zawiązywali przyjaźnie.
I szczerze mówiąc, słyszę to zdanie prawie wyłącznie od ludzi, którzy nie musieli na to patrzeć.
Zdanie, które zapisałam słowo w słowo
To od czego to zależy, pani Barbaro? Jeśli nie od ćwiczeń i nie od odwagi – to od czego?
Od tego, że w pierwszych tygodniach szkoły wszystko dzieje się po raz pierwszy naraz.
Pierwszy raz droga do szkoły bez rodzica. Pierwszy raz podniesienie ręki, zamiast po prostu podejść i zapytać. Pierwsza przerwa, na której nikt nie pomaga znaleźć kogoś do zabawy. Dziecko, dla którego to wszystko jest nowe, ma pełne ręce roboty. Na branie udziału już mu nie starcza.
U jednego wygląda to na strach, u drugiego na upór, u trzeciego nie widać nic. A i tak bierze się z tego samego miejsca.
Pani syn wiedział, że musi się pożegnać. Nie wiedział, co dzieje się po drugiej stronie drzwi. Gdzie siedzi. Kogo zapyta. Kiedy pani wróci. Miał przejść przez drzwi, za którymi wszystko było dla niego pierwszym razem.
→ Sprawdź, czego moje dziecko potrzebuje po drugiej stronie tych drzwi (2 minuty, bezpłatnie)
Co powinnam była zrobić zamiast tego?
Wziąć te pierwsze razy z wyprzedzeniem. Nie ćwiczyć liter – drogę do szkoły, pytanie, pożegnanie. W małych porcjach, przez kilka tygodni, zanim przyjdzie 1 września. Czego dziecko już zna, tego nie musi pokonywać – ma wolną głowę na to, żeby brać udział.
Brzmi mało spektakularnie i takie właśnie jest. Dziesięć minut dziennie, przy okazji. Wszystko, co pachnie obowiązkiem, kończy się oporem – dokładnie tak samo jak codzienna obowiązkowa strona w zeszycie.
Ma pani jakiś przykład?
Chłopiec z mojej ostatniej pierwszej klasy, nazwijmy go Antek. U niego rodzice zaczęli sześć tygodni wcześniej. Nic wielkiego: raz w tygodniu przechodzili obok szkoły, bez żadnego powodu. Przy kolacji odgrywali, co się dzieje, kiedy będzie musiał do toalety i nie będzie wiedział, gdzie ona jest. I to on decydował, gdzie odbędzie się pożegnanie.
Wybrał ławkę przed furtką. Nie furtkę.
Pierwszego września doszedł do tej ławki, zarzucił tornister na plecy i powiedział: „Możesz już iść.” Sześć lat.
Bezpłatnie · 2 minuty · wynik od razu
„A czy u każdego dziecka wygląda to tak samo?”
Czy mogę u córki zrobić po prostu dokładnie to samo co u Antka?
Nie. I to jest moment, na którym większość rodziców się wykłada – przejmują to, co zadziałało u innego dziecka.
Dziecko spokojne, obserwujące, potrzebuje dokładnego przeciwieństwa tego, czego potrzebuje rozbiegane. U jednego trzeba sytuacje wcześniej odegrać, żeby straciły swoją grozę. U drugiego trzeba raczej hamować, bo inaczej wejdzie do szkoły z oczekiwaniem, którego szkolna codzienność nie spełni.
I zależy, ile czasu zostało. Przy trzech tygodniach robi się coś innego niż przy dwunastu. Nie mniej – coś innego.
To na co konkretnie mam teraz patrzeć u córki?
Na cztery rzeczy. Mówią mi one o pierwszych tygodniach w szkole więcej niż wszystko, co dziecko potrafi już przeczytać albo policzyć.
- Frustracja: co się dzieje, kiedy coś nie wychodzi za pierwszym razem – próbuje dalej czy odpuszcza?
- Samodzielność: czy potrafi sama przygotować swoje rzeczy, bez kogoś stojącego obok?
- Inicjatywa: czy ma odwagę zagadnąć nieznane dziecko albo poprosić o pomoc?
- Potrzeby: czy mówi, kiedy musi do toalety albo czegoś nie zrozumiała?
Proszę odpowiedzieć na te cztery pytania szczerze, a będzie pani miała dość dokładny obraz.
Ale ja przecież wiem, jaka jest moja córka. Wycofana, najpierw się przygląda. To nie wystarczy?
Wie pani, jaka ona jest. Nie wie pani, co z tego wynika. To różnica – i szczerze mówiąc, ta decydująca.
Co roku spotykam rodziców, którzy potrafią opisać swoje dziecko co do joty. A potem wyciągają z tego złe wnioski. „Wycofana” znaczy dla większości: dać jej więcej czasu, nie naciskać. U niektórych dzieci to słuszne. U innych jest to najgorsze, co można zrobić, bo przez to nigdy nie trafiają do sytuacji, którą powinny przećwiczyć.
Opis pani ma. Brakuje pani planu, który z niego wynika – co to konkretnie znaczy na najbliższe tygodnie.
A taki plan – jest gdzieś gotowy? Nie chcę znowu szukać przez trzy tygodnie.
Teraz już tak. Kilka lat temu jeszcze tego nie było. Dziś znajdzie pani w sieci kilka takich testów – odpowiada pani na kilka pytań o swoje dziecko i dostaje potem indywidualny plan, dopasowany do jego mocnych i słabych stron.
Nie polecam żadnego konkretnego, to nie moja rola. Ale podejście jest właściwe: najpierw popatrzeć, potem działać. To dokładnie odwrotnie niż robi większość rodziców.
Proszę obejrzeć kilka. I sprawdzić, czy naprawdę wychodzi z nich coś różnego, czy na końcu wszyscy dostają te same rady.
Co robię tym razem inaczej
Posłuchałam jej ostatniej rady: obejrzałam kilka. Cztery, żeby być dokładną – przez dwa wieczory, z kartką obok.
Trzy odpadły szybko. W pierwszym po pięciu pytaniach wynik pasował do każdego dziecka. Drugi był widocznie tłumaczony z angielskiego – polskiej szkoły nie było w nim w ogóle, ani pierwszej klasy, ani wychowawczyni, ani przerwy na korytarzu. Trzeci pytał tylko o to, co moje dziecko już umie – litery, liczby, chwyt ołówka. Złe pytanie, jeśli się przed chwilą słuchało pani Wójcik.
Przy czwartym było inaczej. Pytał o rzeczy, na które sama nigdy bym nie wpadła: jak moje dziecko reaguje na uwagę, co robi, kiedy coś nie wychodzi od razu, jak zachowuje się w grupie. I zapytał, ile czasu nam jeszcze zostało – jako jedyny z czterech.
To był moment, w którym zrozumiałam: ten nie daje mi tego, czego dzieci potrzebują ogólnie. Daje mi to, czego potrzebuje moje – i to w czasie, który nam został.
→ Co to konkretnie znaczy dla mojego dziecka (2 minuty, bezpłatnie)
U mojej córki wyszło, że musi najpierw dotrzeć na miejsce, zanim będzie mogła mnie puścić. Przeczytałam to zdanie dwa razy. Opisuje ją dokładnie – tylko sama nigdy bym nie wpadła na to, żeby to tak nazwać.
Jesteśmy w trzecim tygodniu. I tego, co z tego wyszło, sama nigdy bym nie zgadła: ona nie chce żegnać się na zewnątrz. Chce najpierw wejść, powiesić kurtkę w szatni i usiąść w swojej ławce – i dopiero wtedy mam iść.
Dokładne przeciwieństwo Antka, który wybrał ławkę przed furtką. U niego chodziło o to, żeby nie musieć przekraczać bramy, zanim będzie gotowy. U niej chodzi o to, żeby być już na miejscu, zanim ja zniknę.
Gdybym wypróbowała u niej wersję Antka, prawdopodobnie tylko bym pogorszyła sprawę.
Odkąd tak to robimy, zmieniło się coś, czego nie planowałam: sama odgrywa teraz całą kolejność. Przy kolacji tłumaczy, na którym wieszaku wisi jej kurtka i kogo zapyta, jeśli nie będzie wiedziała, gdzie jest toaleta. Czy pierwsze tygodnie w szkole będą dobre, nie wiem. Ale nie idzie już w stronę drzwi, za którymi nic nie ma.
Jedną rzecz zrobiłam jeszcze potem, bo nie dawała mi spokoju: wypełniłam test drugi raz. Nie dla córki – dla Kuby. Takiego, jaki był trzy lata temu, tak szczerze, jak pamiętałam.
Wynik na chwilę odebrał mi mowę. Było tam napisane, że dziecko takie jak on w nowych sytuacjach najpierw się rozgląda, zanim weźmie udział. Że pytania raczej znosi, niż je zadaje. I że właśnie takie dzieci łatwo przeoczyć w pierwszych tygodniach – bo one nic nie zgłaszają.
To był opis tego, co się potem stało. Mogłam go mieć sześć tygodni przed 1 września, za dwie minuty wysiłku. Zamiast tego dostałam go na rozmowie z wychowawczynią w październiku.
Dwoje dzieci, ta sama matka, ten sam dom – i dwa plany, które przeczą sobie w prawie każdym punkcie.
Poznaj plan dla mojego dziecka →Bezpłatnie · 2 minuty · wynik od razu
Co by mnie powstrzymało
Moje dziecko wcale nie jest lękliwe – czy to w ogóle mnie dotyczy?
Nie chodzi o dzieci lękliwe. Chodzi o dzieci, które lubią wiedzieć, co będzie dalej – a to zdecydowana większość. U jednych widać to przed szkołą, u innych dopiero trzy tygodnie później, po bólu brzucha przed wstawaniem.
Zostało nam tylko kilka tygodni. Czy to już nie za późno?
Nie. Przy małej ilości czasu nie robi się tego samego szybciej, tylko te dwie, trzy rzeczy, które niosą najwięcej. To, co zbudujecie państwo w trzy tygodnie, to więcej, niż większość dzieci przynosi ze sobą.
A jeśli szkoła już się zaczęła?
To właśnie trwa decydujący etap. Widziałam dzieci, u których w czwartym tygodniu wszystko jeszcze się odwróciło, bo w domu nagle zaczęto rozmawiać o tym, jak minął dzień. Jest później, ale nie jest po wszystkim.
Czy to nie jest po prostu zdrowy rozsądek?
Sama się nad tym potem zastanawiałam. I tak – z perspektywy czasu jest. I to jest w tym najbardziej irytujące.
Mogłam to wszystko odkryć sama. Tylko nie miałam pojęcia, czego mam szukać. Nikt ci wcześniej nie mówi, że słowem kluczem jest „przewidywalność”. Potrzebowałam dwóch poradników, pół roku forów i jednego nieudanego początku szkoły. Nauczycielka wytłumaczyła mi to w pięć minut.
Co powiedziałabym mojej siostrze
Moja siostra posyła syna do pierwszej klasy dopiero w 2027 roku. Gdybym mogła przekazać jej z tej rozmowy tylko jedno zdanie, byłoby to to: przestań przygotowywać samą stronę szkolną i zacznij od emocjonalnej. Liter nauczy się w szkole – od tego ona jest. To, czego potrzebuje wcześniej, to poczucie, że za tymi drzwiami nie czeka nic nieznanego – żeby na miejscu nie był zajęty rozglądaniem się, tylko przynależeniem.
Przy Kubie tego nie wiedziałam. Przy jego siostrze już tak.
To jest zdanie dla mojej siostry. Reszta jest dla ciebie – bo prawdopodobnie jesteś tu z tego samego powodu, z którego ja czytałam wtedy fora po nocach.
Masz teraz dwie możliwości. Zamykasz ten artykuł i robisz dalej to samo co dotąd – może pójdzie dobrze. Nas „tak samo co dotąd” kosztowało dziewięć miesięcy. Albo poświęcasz dwie minuty, odpowiadasz na kilka pytań o swoje dziecko i wiesz potem, gdzie ono jest i co naprawdę pomoże mu w tygodniach do 1 września.
Wiem, którą z tych dwóch chciałabym z perspektywy czasu wybrać wcześniej.
Poznaj plan dla mojego dziecka →Bezpłatnie · 2 minuty · wynik od razu
U mojej starszej córki pójście do pierwszej klasy poszło zupełnie bezproblemowo. Teraz kolej na młodszego i czuję, że tym razem jest zupełnie inaczej. Czy to możliwe?
Tak – przeżyłam dokładnie to samo, tylko w drugą stronę. Rodzeństwo często potrzebuje rzeczy przeciwstawnych. To, co u pierwszego dziecka szło samo, u drugiego trzeba przygotować. I odwrotnie. Właśnie dlatego niewiele daje powtarzanie tego, co zadziałało za pierwszym razem.
Nasz syn idzie do pierwszej klasy dopiero w 2027 roku. Czy warto zajmować się tym już teraz, czy człowiek tylko niepotrzebnie się nakręca?
Nakręcić można się raczej w drugą stronę – kiedy nagle zostają już tylko cztery tygodnie. To, co my musieliśmy zmieścić w kilka tygodni, wy rozłożycie na rok. Dziecko w ogóle nie odbiera tego jako przygotowania – i dokładnie o to chodzi.
Co się konkretnie robi, jeśli dziecko mimo wszystko płacze przed szkołą? Boję się, że zrobię wtedy coś nie tak.
To był mój największy strach – i wtedy zrobiłam źle: zostałam dłużej i pocieszałam, co tylko pogorszyło sprawę. Punkt z tej rozmowy, który pomógł mi najbardziej: pożegnanie nie rozstrzyga się przed szkołą, tylko w tygodniach przed nią.
Bezpłatnie · 2 minuty · wynik od razu